TAJLANDIA – KRAINA UŚMIECHU cz. 1

TAJLANDIA – KRAINA UŚMIECHU cz. 1

Bangkok – Dziennik z podróży…

 

Część I – BANGKOK

 

WELCOME TO BANGKOK

Korzystając z pierwszej bezsennej nocy spowodowanej zmianą czasu zabieram się za pisanie bloga. To chyba najlepszy sposób na zabicie czasu i przeczekania z burczącym brzuchem do hotelowego śniadania. Narzekać nie mogę spałem z przerwami ponad 6 godzin a hotel jest na prawdę na luksusowy. Czyściutki, duży pokój.. może tylko znacznie dalej od centrum i lotniska niż mi się wydawało. Jest wi-fi, kablówka z anglojęzycznym HBO i kilkoma lokalnymi kanałami. Żaden z Indyjskich hoteli nawet się do tego poziomem nie zbliżył, ani standardem ani ceną.
Dwuosobowy twin za 11-euro …czego chcieć więcej. Obsługa mila, uśmiechnięta i to tym naturalnym a nie wystudiowanym, profesjonalnym uśmiechem jakim częstowały mnie chociażby stewardessy ethihada którym tu przyleciałem. Na lot również nie mogę narzekać, mila obsługa, wygodne fotele i dobre jak na samolotowe jedzenie. Może tylko lot trochę długi bo z 2 godzinnym miedzy lądowaniem trwał całe 15 godzin. W samolocie pospałem dopiero pod koniec może 3 godziny, plus te 3 godz z przed chwili.. da się żyć. Mam nadzieję ze szybko się przestawię. Różnica miedzy Irlandia w której mieszkam to 7 godzin. Niby nie tak wiele ale tak czy siak przez pierwsze kilka dni organizm może trochę głupieć.

Wracając jeszcze do lotnisk i samolotów. Miedzy lądowanie miałem w Abu Dabi i szczerze powiedziawszy trochę więcej spodziewałem się po tym akurat porcie lotniczym a tu lipa, mikro wolnocłówka i nijakie korytarze terminalu. Spodziewałem się rozmachu a tu bardzo skromnie. Właściwie jedyne co ciekawego udało mi się dostrzec to tor Formuły 1, nad którym przelatywaliśmy i którego kontury wyraźnie rysowały się pośród ładnie i logicznie rozplanowanej siatki zabudowań miasta. Lotnisko w Bangkoku to już zupełnie inna bajka. Olbrzymie, dobrze rozplanowane i pełne turystów praktycznie z całego świata. Pomimo ciągnącej się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kolejki do emigration, sznureczek ludzi przesuwa się sprawnie i bardzo szybko. Raz jeszcze prześwietlają bagaż podręczny ale to właściwie już tylko formalność bo obsługa jakoś specjalnie się wnętrzom toreb i plecaków nie przygląda. Gdyby było inaczej spędziłbym tutaj lepiej niż godzinę a nie zaledwie kilka minut. Po drugiej stronie okazuje się, ze to wcale nie emigration ale dodatkowa kontrola. Emigration jest dalej ale jest równie sprawnie. Jak sobie teraz przypomnę szopki z Indii dochodzę do wniosku, że jak się tylko chce to jednak można. Zaraz za emigration są karuzele na których przemieszcza się już moja walizka. Pięknie, pięknie, oby tak dalej.

Wychodzę na terminal. Z informacji z sieci wiem że taksówka powinna kosztować około 400 bath. Po drodze mijam dwa stanowiska “pomagające” turystom znaleźć transport. Na pierwszym żądają 1200 bathow na drugim “zaledwie” 1000. Czyli jak na każdym międzynarodowym lotnisku. Dla mnie rekordowy był Nowy York, gdzie naganiacz chciał 80 dolarów a ostatecznie zapłaciłem około 10 dolarów za taxówke miejską z postoju. W Bangkoku przejazd kosztował mnie koniec końców 400 bathów czyli tyle ile powinien. Taxówka wygodna, przestrzenny rover i miły grzeczny i w ogolę nie nachalny taksówkarz. Przejazd trwał plus minus pół godziny ale przynajmniej udało mi się się dzięki temu zobaczyć kawał Bangkoku nocą. A jak wygląda Bangkok nocą? Zdjęć niestety nie pokażę, bo próba wykonania ich z pędzącej w środku nocy taxówki na pewno nie zakończyła by się powodzeniem. Co więc widziałem za oknem? Wcale nie czułem się jak w biednym egzotycznym kraju. Raczej jak w jednej z amerykańskich metropolii. Do centrum z lotniska prowadzi 4-pasmowa autostrada pokryta świetnej jakości asfaltem. Dookoła gigantyczne bilbordy wielkości kilkopiętrowych budynków. Samochody na drogach też raczej nowe i bardzo nowoczesne. Po drodze oglądam sieć biegnących nad miastem wiaduktów. Przyznam że tak imponującej plątaniny nie wiedziałem nawet w stanach a przecież te przejechałem wzdłuż i wszerz. Bangkok na prawdę robi wrażenie, przyznam że nie spodziewałem się tak nowoczesnego megapolis. No dobrze ale dość już zachwytów nad miastem, jest 5 nad ranem, burczy mi w brzuchu a śniadanie pewnie serwują dopiero od 7:00 albo o zgrozo o 8:00.

Uwaga ! Po poprzednich blogach strasznie się rozleniwiłem. Mam też zdecydowanie mniej czasu na pamiętnikopisarstwo, myślę więc że darujecie mi brak szczegółowych opisów oraz historii odwiedzanych miejsc. Zresztą kto ciekaw to sobie “wy-googluje” 🙂 Zapraszam więc do zwiedzania ze mną Bangkoku.

 

GRAND PALACE czyli WIELKI PAŁAC

Pałac jest faktycznie wielki. Imponuje rozmachem i przepychem – jest to więc potencjalny raj dla fotografa. Niestety tym razem aura mi nie dopisała. Od rana było deszczowo a złote szpice i kopuły zamiast lśnić w słońcu odbijały szare mleczne chmury. Zresztą sami zobaczcie jak to wyglądało:

 

Bangkok01

Fot.1

 

Bangkok02

Fot.2

 

Bangkok03

Fot.3

 

Bangkok04

Fot.4

 

Bangkok05

Fot.5

 

WAY SAKET zwany również THE GOLDEN MOUNT albo PHU KHAO THONG

Buddyjska świątynia i miejsce corocznych listopadowych pielgrzymek wyznawców tejże wiary. Na szczyt świątyni prowadzi 300 schodów i można z niej podziwiać panoramę miasta:

 

Bangkok06

Fot.6 – Panorama miasta

 

Szczerze mówiąc, miejsce to jakoś mi głowy nie urwało a i panorama miasta specjalnie nie zachwyciła. Zrobiłem kilka zdjęć ale chyba raczej nie wartych pokazania. Może poza jednym.. Bardziej niż architektura zainteresował mnie napotkany tam nastoletni mnich buddyjski ze sprzętem fotograficznym za parę tysięcy euro. Na moje oko sam aparat kosztował ok 5-tys euro, a obiektyw kolejne 1.5 tys. Już w Indiach dostrzegłem, że mnichom buddyjskim nie najgorzej się powodzi. Zresztą w odwiedzonym wcześniej przeze mnie Wielkim Pałacem rozmawiałem przez kilka minut z mnichem, który bardzo chciał się wymienić wizytówkami gdyż najwyraźniej szukał punktu zaczepienia w Polsce bądź Irlandii. Bardzo szanuję tę religię ale po tym co zobaczyłem tu i w Indiach zaczynam dochodzić do wniosku, że polskie powiedzenie “Kto ma księdza w rodzinie ten z głodu nie zginie” świetnie sprawdza się również w przypadku innych oficjalnie odrzucających dobra doczesne religii.

 

Bangkok07

Fot.7 – Buddyjski foto-amator

 

Z ŻYCIA MIASTA

Bangkok to miasto kontrastów jak przystało na rasowe “megapolis”. Oprócz efektownych drapaczy chmur, światyń i pałaców toczy się tutaj normalnie życie:

 

Bangkok08

Fot.8 – Ruch uliczny

 

Bangkok09

Fot.9 – Typowy autobusik miejski

 

Bangkok10

Fot.10 – Taxi w stylu “Szybcy i Wściekli”

 

Bangkok11

Fot.11 – Nieco mniej malownicza część miasta

 

Bangkok12

Fot.12 – Typowa azjatycka instalacja

 

Miasto miastem ale dla mnie zawsze najciekawsi są ludzi. Poniżej kilka portretów napotkanych mieszkańców Bangkoku:

 

Bangkok13

Fot.13 – Mechanik

 

Bangkok14

Fot.14 – Szef firmy poligraficznej

 

Bangkok15

Fot.15 – Sprzedawca owoców morza…

 

Bangkok16

Fot.16 – …oraz jego konkurencja 🙂

 

Bangkok17

Fot.17 – Restauracja w której, można podziwiać szefową kuchni w akcji

 

Bangkok18

Fot.18 – Zakład Fryzjerski

 

PRZEKRĘT

Większość napotkanych przeze mnie ludzi była przyjazna, uczciwa i sympatyczna ale jak w każdym kraju do którego przyjeżdżają turyści jest masa kanciarzy. O przekrętach dużo pisałem w blogach z Indii i Afryki, więc nie będę w tym miejscu powielał tych samych historii. Generalnie zaczepki tego rodzaju “pomocników” najlepiej zwyczajnie ignorować. Jakikolwiek kontakt wzrokowy albo wymiana zdań odbierana jest jako zachęta do negocjacji i najczęściej kończy się kilkuminutowy truciem przysłowiowych czterech liter. Osobnik z poniższego zdjęcia zaproponował wyjątkowo tani kurs postanowiłem więc sprawdzić co się za tym kryje. Okazało się że nie dość że było tanio to jeszcze udało się trochę pozwiedzać, między innymi sklep z galanterią, złotnika, jakąś małą świątynie i coś jeszcze… Nie pamiętam dokładnie bo po czwartej atrakcji podziękowałem kierowcy za przejażdżkę trwającą już 45 min zamiast planowych 15-stu. Na początku było komicznie ale po dłuższym czasie miałem już dosyć takiego zwiedzania. Jak się już pewnie domyślacie przekręt polega na tym, że obcokrajowcowi oferuje się atrakcyjną cenę za kurs ale zanim dowiezie się go na miejsce kierowca zatrzymuję się w kilku “zaprzyjaźnionych” punktach usługowych, w których wypadało by coś kupić. Ja nie wysiadłem nigdzie, zrobiłem kierowcy piękny portret zza pleców i po czwartym przystanku odmówiłem dalszej jazdy.. i na tym się skończyło. Kierowca był niepocieszony, na odchodne puścił złowieszcze spojrzenie, wsadził w kieszeń niepełną należność i odjechał w siną dal. Do miejsca docelowego niestety nie dojechałem ale z ostatniego przystanku miałem już całkiem blisko na piechotę. Następnego dnia przychodząc w tym samym miejscu zobaczyłem jak Kanciarz podjeżdża do pary obcokrajowców. Nie omieszkałem poinformować ich o “dodatkowych atrakcjach” związanych z przejażdżką jego tuk-tukiem.

 

Bangkok19

Fot.19 – Kanciarz

 

MORNING MARKET czyli PŁYWAJĄCY RYNEK

Wyobraźcie sobie w rynek na którym zamiast podejść do stoiska najzwyczajniej w świecie sobie do niego podpływacie 🙂 Trochę jak Drive True w fastfoodowych sieciówkach, tyle że jedzenie znacznie lepsze a środek transportu trochę nietypowy, nieco rozkołysany za to o wiele bardziej relaksujący. Zakupy można również robić ze stałego lądu. Wtedy do akcji wkraczają długie tyczki w których podawany jest towar i należność.

 

Bangkok20

Fot.20

 

Bangkok21

Fot.21

 

TRZECIA PŁEĆ

Zapewne już wszyscy słyszeli, że w Tajlandii podobnie jak w Chinach podrabiają dosłownie wszystko. Nie jest też pewnie dla nikogo tajemnica, że można tam spotkać również “podrabiane” kobiety. Kathoey czyli tak zwana trzecia płeć to w Tajlandii zjawisko dość powszechne. Nie podejmę się analizy socjologiczno-psychologicznej tego fenomenu.. bo zwyczajnie nie mam na ten temat zielonego pojęcia. Zainteresowani na pewno znajdą mniej lub bardziej profesjonalna literaturę na ten temat więc nie będę go nadto rozwijał. Z moich pobieżnych obserwacji osobników widywanych na ulicach wynika, że wielu “Lady Boyów” wygląda.. hmm, jak szczupły (najczęściej) facet w kiecce. Z pod grubego, często niezdarnego makijażu wychodzi zarost a na szyi łatwo dostrzec jabłko adama jednak ciężko stwierdzić ile z mijanych na ulicach kobieta jeszcze kilka lat temu było młodymi chłopcami. Z tego co mi wiadomo, Kothoey proces zmiany płci przechodzą w bardzo młodym wieku i już jako kilkulatki zaczynają brać leki hormonalne które podobno w Tajlandii dostępne są bez recepty (!). Po takiej kilkuletniej kuracji kandydat na “kobietę” już jako nastolatek może wreszcie przejść operacją zmiany płci. Długoletni faszerowanie hormonami plus operacje powodują, że przedstawiciele “trzeciej płci” osiągając dojrzałość są prawie nie do odróżnienia od prawdziwych kobiet. Co ciekawe mimo powszechnej aprobaty społecznej tajlandzkie prawo nie zezwala na zmianę płci w dokumentach tożsamości. Może więc najlepszym sposobem dla amatorów azjatyckich kobiecych wdzięków jest wylegitymowanie nowo poznanej kobiety już na pierwszej randce 😉 Tyle tylko, że jak wiadomo w Tajlandii Podrabiają wszystko więc i dokumenty nie stanowią tu za zapewne większego problemu.

 

Bangkok22

Fot.22 – Ona i “Ona”

 

TAJLANDZKIE PRZYSMAKI oraz MIASTO NOCĄ

O tym że w Tajlandii jada się robaki wiedzą chyba wszyscy, nie mniej jednak postanowiłem pokazać takie stoisko z prażoną szarańczą, konikami polnymi i czymś co mi wyglądało na karaluchy. Nie wszyscy jednak wiedzą, że
podobne rarytasy sprzedawane są nie tylko w Tajlandii. Można więc ich skosztować również w Kolumbii, Meksyku, Wenezueli, Chinach, Korei Południowej, Kambodży, Japonii, Australii oraz wielu krajach Afryki.
Podróżując tam można więc skosztować m.in: termitów, tarantul, gąsienic, larw, szarańczy, koników polnych i mrówek. Ponoć za jadalne uznaje się ok 2000 gatunków owadów i jak zgodnie twierdzą wytrawni znawcy tematu są to przekąski bardzo pożywne i zdrowe 🙂

 

Bangkok23

Fot.23

 

Bangkok24

Fot.24

 

Poza przysmakami w oczy jeszcze kilka ciekawostek. Między innymi mobilny bankomat:

 

Bangkok25

Fot.25

 

Bangkok26

Fot.26

 

…oraz dokumenty w 5 minut. Dostępny był cały katalog, w którym udało mi się znaleźć między innymi polskie prawo jazdy i dowód osobisty 🙂

 

Bangkok27

Fot.27 – Dokumenty w 5 minut

 

Bangkok28

Fot.28 – “BEER F..cking GOOD!” – Reklama dźwignią handlu

 

Bangkok29

Fot.29 – Salutujące zabawki

 

O MAŁO CO MYANMAR

Dziś zapowiada się interesujący dzień bo około 16 wylatuję do Myanmaru, niegdyś zwanego Birmą. Kraj tez rządzony przez juntę wojskową bywa dla turystów problematyczny. Mam wiec cichą nadzieję, że obejdzie się bez problemów z wizami a co za tym idzie z dostanę się do tego niezwykle interesującego kraju. Z tego co mi wiadomo wizę powinienem być w stanie załatwić w stolicy na lotnisku. Jeśli pojawią się problemy będę się starał przekonać miejscowych urzędników z pomocą ”zielonych”. Rożnych dziwnych historii naczytałem się w sieci o Myanmarze, no cóż pożyjemy zobaczymy. Ja jak zwykle zresztą jestem dobrej myśli. Nic przecież tak skutecznie nie otwiera wszystkich drzwi jak szeleszczące banknoty z wizerunkami amerykańskich prezydentów 😉

 

NIEOCZEKIWANA ZMIANA MIEJSC…

…czyli, krótka historia o tym jak to kapryśna junta wojskowa pokrzyżowała mi podróżnicze plany. Eh.. amerykańcy prezydenci nie pomogli, właściwie to nawet nie miałem okazji ich przedstawić Myanmarskim urzędnikom. no cóż… a wszystko zaczęło się tak pięknie… No dobrze ale może zacznę od początku. A więc wszystko zaczęło się od jednego z najlepszych śniadań jakie jadłem w życiu. Obfity bufet w chwalonym już przeze mnie hotelu na prawdę zrobił wrażenie zarówno na mnie jak i moich kubeczkach smakowych. Czego tam nie było? Masa jedzenia i do tego wszystko pyszne. Czy czegoś tam brakowało? Właściwie chyba tylko innych gości, bo na śniadanie jadłem o 6 nad ranem. Okazało się bowiem, ze zmiana czasu zrobiła swoje i obudziłem się około 4-tej a potem już nie było szansy na spanie.
Po śniadaniu wybrałem się na zwiedzanie okolicy. Nie była to bynajmniej część turystyczna ale jedna z normalnych miejskich dzielnic jakie zamieszkują normalni Tajlandczycy. Przyznam, ze 3 godzinny spacer w 35-stopniowym upale był całkiem niezłą „rozgrzewką” i okazja by zaaklimatyzować się w tropikach. Przy okazji odwiedziłem kilka miejscowych ryneczków, jedna ze świątyń i cała masę niemal identycznych ulicznych zaułków jakich tysiące w Bangkoku.
Poczałkowo nic nie zapowiadało mającej się za chwile wydarzyć podróżniczej „katastrofy”. Na miejsce dojechałem bez problemu, nawet nie było specjalnych korków ponoć normalnych o tej porze dnia. Nie było tez specjalnej kolejki do okienka check in. Wszystko szło jak z płatka.. niestety tylko do czasu. Do czasu aż „panienka z okienka” wzięła do ręki mój paszport i zaczęła go wertować w poszukiwaniu wizy do Myanmaru …i wtedy spadła bomba, bez ostrzeżenia za to z impetem. „Niestety bez wizy nie mogę pana wpuścić na pokład samolotu!” Jak to? Przecież z informacji które zbierałem przed wylotem wynikało, że wizę załatwię na miejscu. Mam przecież wszystko co trzeba czyli kasę i zdjęcia, o co tu chodzi? Okazało się, że humorzasta junta wojskowa z Myanmaru całkiem niedawno zmieniła zdanie i doszła do wniosku, ze o wizy jednak trzeba się ubiegać w ambasadzie i czekać na nie 3 dni ! Żeby było śmieszniej nie dotyczy to wszystkich lotów. Są bowiem po dwa loty: jeden z chin, drugi Kambodży, których owa jak widać nad wyraz restrykcyjna procedura nie obowiązuje. Wystarczy kupić bilet w określonej przez reżim linii lotniczej i z określonego przez reżim kraju i wtedy wizę otrzymujemy automatycznie po przylocie za jedyne 40 dolarów. No cóż takie to oto dekrety wydaje w bananowych republikach. Teraz się śmieje ale przy okienku na prawdę nie było mi do śmiechu. Trzeba jednak będzie zostać w “Krainie Uśmiechu”. Bilet do Rangunu nierefundowalny, na szczęście stosunkowo niedrogi ale już ten z Rangunu do Siem rep w Kambodży to już troszkę większa kasa. No ładnie, junta roz… waliła mi cały misternie skonstruowany plan podroży po Indochinach. I to już na samym początku.

Co zrobić? Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, trzeba rozejrzeć się za jakaś alternatywa. Czekanie na wizę nie wchodzi w gre; kolejne dni mam już roplanowane, pobookowane loty i hotele w Kambodży i Laosie. Pozostanie w Bangkoku przez kolejne kilka dni tez jest zupełnie bez sensu bo w stolicy Tajlandii praktycznie nic nie ma. To co było warte obejrzenia, już zobaczyłem a jak wiadomo tego co się zobaczyło już się nie da odzobaczyć 😉 To co robić?

Szybka decyzja. Lecę na południe do Phuket. W sumie dobre miejsce żeby uspokoić skołatane przez junte nerwy. Koniec końców straty były stosunkowo małe. Nowe bilety zakupione na lotnisku nie były specjalnie drogie w każdym razie niewiele droższe od tych które za-bookowałem miesiąc wcześniej przez internet a w samym Myanmarze nie opłaciłem z góry żadnych hoteli ani wewnętrznych lotów bo tam na szczęście wszystko załatwia się od reki i za gotówkę i tylko trzeba odpowiednio wcześnie zrobić rezerwacje. Tylko tego lotu balonem nad tysiącem świątyń mi szkoda.. no ale co zrobić. Teraz jeszcze wypadałoby zarezerwować hotel na Phuket i odwołać wszystkie niepotrzebne rezerwacje.
Wracam do hotelu, wyglądał na pusty więc nie powinno być problemu z pokojem. Nie powinno ale niestety były.. Koniec końców wylądowałem w znanej i mocno w mojej opinii przereklamowanej globalnej sieciówce. Nazwy nie podam bo jeszcze mnie pozwali. Pokój był 3 x droższy i mniej więcej 3 x gorszy. Do tego nawet „free internet” był płatny ! Free był jak się okazuje tylko dostęp, korzystanie już nie, uwierzycie?? Ja nie moglem. Na domiar złego ceny alkoholu z minibaru były mówiąc delikatnie zaporowe (np. 200ml buteleczka hennessy kosztowała prawie 30 dolarów) więc nawet nie bardzo było się jak napić żeby zapomnieć o tym jak mnie załatwili generałowie z byłej Birmy. Wieczorem jeszcze kolacja i spać. Niestety znów dala o sobie znać zmiana czasu i pospałem zaledwie 4 godziny. Ale co tam, …już wkrótce będę się przechadzać po tropikalnych plażach w Phuket. Obym tym razem miał więcej szczęścia.

 

Wszystkie Blogi