KAMBODŻA – IMPERIUM KHMERÓW cz. 4

KAMBODŻA – IMPERIUM KHMERÓW cz. 4

Wodny Świat – Dziennik z podróży…

 

Część IV – PŁYWAJĄCA WIOSKA CHONG KNEAS czyli KRÓTKA HISTORIA O TYM JAK ŻEROWAĆ NA BIEDZIE I NIESZCZĘŚCIU oraz O TYM, ŻE KTO MA MIĘKKIE SERCE TEN MA PUSTY PORTFEL

 

PŁYWAJĄCA WIOSKA CHONG KNEAS

Po ilości łódek na nabrzeżu mogłem tylko wnioskować co tu się dzieję w turystycznym szczycie ale teraz większość łodzi była przycumowana a ich kapitanowie z niecierpliwością wyczekiwali pasażerów. W łódce w której się znalazłem ostatecznie było dwóch pasażerów a że łódka spokojnie mogła pomieścić kilkanaście osób można by rzez, że trafiła mi się wersja VIP. VIP byli też kapitan i drugi oficer (załoga była 2 osobowa). “Designerskie” okulary i modne koszulki, obaj około 20 lat. Pierwszy oficer mówił nieźle po angielsku i po drodze opowiadał, że podczas pory deszczowej poziom wody podnosi się tu o jakieś 4 metry. Szczerze mówiąc ciężko było w to uwierzyć bo nabrzeżne bujnie zarośnięte było kilkumetrowymi drzewami. Jak twierdził przewodnik drzewa te w porze deszczowej całkowicie giną pod tafla wody po czym w porze suchej odradzają się na nowo i pokrywają zielonymi liśćmi. Wszystko wskazywało na to, że chłopak nie ściemnia. Po drodze mijaliśmy antenę sieci komórkowej, która stała na kilkumetrowych palach. Do tego na wielu z gałęzi wisiały plastikowe torby i reklamówki, które przyniosła tam woda kiedy poziom był wysoki a potem już tak sobie wisiały podczas gdy wokół nich rosły znów liście odradzającego się drzewa.Przyznam, że takie reklamówko’we choinki wyglądały dość abstrakcyjnie
Poza choinkami i lodkami z innymi głownie azjatyckimi podróżnikami mijaliśmy cala masę miejscowy mniejszych i większych łódek. Były to głownie małe łódki miejscowych ale widziałem też wodną taksówkę. Po drodze mijaliśmy pierwsze pływające domy. Były co prawda zacumowane tuż przy brzegu, nie mniej jednak mogłem się im przyjrzeć dość dokładnie. Jednak był to dopiero przedsmak wodnej architektury. Pływająca wioska była jeszcze przed nami. Po mniej więcej pół godzinnym rejsie moim oczom okazała się „wielka woda” a na niej rozrzucone bez ładu i składu mniejsze i większe pływające domki. Widok do prawdy niesamowity. Pomiędzy nimi przemieszczali się ludzie na mniejszych i większych łódeczkach a w okół niektórych domostw krążyły dzieci pływające w metalowych miskach, przypominających azjatyckie patelnie.

Pierwszym miejscem które odwiedziliśmy był miejscowy sklep spożywczy. Ma się rozumieć pływający. W środku przywitał nas gospodarz wraz z rodzina. Przywitał mnie wyjątkowo serdecznie i nic dziwnego bo już pewnie liczył w głowie zielone. Przed rejsem do wioski nie zrobiłem zwyczajowego “riserzczu” i dopiero w sklepie zaczęło do mnie docierać, że szykuje się wałek. Otóż kolejnym punktem programu miał być miejscowy sierociniec. Trzeba by dzieciom coś kupić ale na produktach cen nie ma a te podawane są szczerze mówiąc zaporowe. Czyli wszystko jasne. Przywozimy turystów, sprzedajemy im produkty po kilkukrotnie zawyżonych cenach i te zabieramy do sierocińca (lub szkoły, bo to przecież wcale nie musi być sierociniec). U zdezorientowanych turystów o miękkim sercu, wzbudzamy wyrzuty sumienia i kosimy grubą kasę. Zarabia sklepikarz, przewodnik a dzieciakom i tak bez różnicy czy dostają ryż za dolara czy za 10 za kg. W końcu po długich targach kupujemy z drugim pasażerem spożywkę za jakieś 10 dolarów w cenie niemal europejskiej. Mogę się tylko domyślać jaką sklepik ma na tym przebitkę. Tuż po wizycie zrobiłem mały “risercz” i kilku użytkowników TripAdvisora sugerowało, przekręt, znakomita większość była jednak do głębi wzruszona losem sierot i nawet nie podejrzewała oszustwa. To było 4 lata temu …z braku czas blog uzupełniam z dość dużym przyznacie poślizgiem. W każdym razie w dniu dzisiejszym zrobiłem kolejny “risercz” i co się okazało. Wygląda na to, że “spożywcza mafia” rozbrykała się na dobre i chyba nikt już obecnie nie ma wątpliwości, że to “scum” (eng. Przekręt). Nie dość, że znacznie podrożały rejsy do wioski to i szalona inflacja zmusiła pływający sklep do podniesienia i tak już mocno wywindowanych cen. Opinie w sieci (rok 2015) nie pozostawiają złudzeń i suchej nitki na organizatorach tour’u. Większość odwiedzających ocenia go jako “terrible” czyli straszny. Ale czy faktycznie było tak strasznie? Trudno mi powiedzieć, jak to wygląda teraz ale kiedy ja odwiedzałem pływająca wioskę aż tak strasznie nie było. W owym czasie rejs kosztował 15 dolarów a dolar był wtedy wyjątkowo tani. Wygląda też na to, że aż tak strasznie nie przepłaciłem w pływającym “spożywczaku”. Jeśli ktoś chce odwiedzić to miejsce i nie chce czuć się oszukany, zawsze można przywieźć prowiant dla dzieciaków ze sobą.. albo nie kupować wcale.

Dla mnie osobiście doświadczenie było dość ciekawe. Udało mi się zajrzeć do jednego z pływających domostw a dzieciaki w “sierocińcu” (choć podejrzewam, że to była po prostu miejscowa podstawówka) były przesympatyczne. Przywitały mnie uśmiechem i zachęcały do zabawy. Poznałem również jednego z wychowawców oraz pracującego tam medyka. Pomimo miłej atmosfery i otaczających mnie uśmiechów widać było że życie tutaj nie jest łatwe. Niemniej jednak dzieciaki wyglądały na zadowolone, były rozbrykane jak to dzieci.. to chyba najlepiej świadczy o zajmujących się nimi opiekunami. Kiedy już miałem opuszczać “sierociniec” pojawiło się stado chińskich turystów. Masa ludzka wtoczyła się na pokład skutecznie uniemożliwiając mi wyjście. Ale nie ma tego złego… Przynajmniej dzięki temu załapałem się jeszcze na mały program artystyczny. Dzieciaki usadowiły się na podłodze w dwóch rzędach i zaczęły wraz z chińczykami śpiewać lokalne piosenki.

Ostatnim punktem programy był pływający Gift-Shop (eng. Sklep z pamiątkami) gdzie można było poza zakupami pogapić się na zachodzące słońce lub też nakarmić krokodyla. Na znajdującej się tam farmie było ich kilka i muszę otwarcie powiedzieć, że jeden wyglądał gorzej od drugiego. Aha, o mało co a zapomniałbym o jeszcze jednej wątpliwej “atrakcji”. Otóż przy wyjściu z łódki już na twardym lądzie miałem okazję zakupić (oczywiście w okazyjnej cenie) wcześniej przygotowany tandetny talerz ze swoim zdjęciem. Najwidoczniej strzelono mi fotkę kiedy wsiadałem na statek… I to by było na tyle. Zapraszam do oglądania zdjęć:

 

Floating01-Stocznia01
Fot.1 – Prowizoryczna stocznia remontowa

 

Floating02-Stocznia02
Fot.2 – …oraz pływające domostwa w budowie

 

Floating03-WodaOut
Fot.3 – Wiele łódek jest delikatnie mówiąc w nie najlepszym stanie…

 

Floating04-Rudera
Fot.4 – …podobnie ma się sprawa z pływającymi domostwami

 

Floating05-RybakSiec
Fot.5 – “W sieci”

 

Floating06-rowerzysci
Fot.6 – “Cykliści”

 

Floating07-Elektrownia
Fot.7 – Jak widać różnice w poziomie wody są w tej okolice całkiem spore

 

Floating08-KoloRatunkowe
Fot.8 – Całe szczęście, że mamy na pokładzie koło ratunkowe 🙂

 

Po drodze mijamy łódkę za łódką:

 

Floating09-Lodka01
Fot.9

 

Floating10-Lodka02
Fot.10

 

Aż wreszcie moim oczom ukazuję się pływająca wioska:

 

Floating11-DrogaDom
Fot.11

 

Domek jedno-rodzinny:

 

Floating12-DomostwoOut
Fot.12

 

…oraz jego mieszkańcy:

 

Floating13-sjesta
Fot.13

 

Floating14-MatkaCorka
Fot.14

 

Floating15-matka
Fot.15

 

Najlepszym sposobem poruszania się po wiosce są naturalnie łódki:

 

Floating16-Lodka04
Fot.16

 

Floating17-rejs
Fot.17

 

Floating18-Lodka03
Fot.18 – Zwróćcie uwagę na wystające z wody drzewo

 

Okazuje się, że by poruszać się po pływającej wiosce, wcale nie trzeba mieć łódki 🙂

 

Floating19-Rozbitek
Fot.19

 

Floating20-RozbitkaWaz
Fot.20 – “Dziewczynka z wężem”

 

Floating21-zabawawchowanego
Fot.21 “Zabawa w chowanego” …na pokładzie rzekomego pływającego “sierocińca”, który najprawdopodobniej jest miejscową szkołą podstawową

 

Floating22-DziewczynkaPiesChamak
Fot.22

 

Floating23-SiostryChamakowe
Fot.23

 

Floating24-dziewczynkizoom
Fot.24

 

Floating25-grzywka
Fot.25

 

Floating26-gosciezchin
Fot.26 – Goście z Chin

 

Floating27-dziewczynkazkratami
Fot.27

 

Floating28-czytelnik
Fot.28

 

Floating29-nauczycielka
Fot.29 – Nauczycielka / Opiekunka

 

Floating30-doktor
Fot.30 – Medyk i jego apteczka

 

Floating31-kiczykzparasolem
Fot.31 – “Sierociniec” / Szkoła

 

Floating32-Dobranoc
Fot.32 – Rozciągające się po horyzont jezioro Tonle Sap

 

Floating33-ZebracyBW
Fot.33 – Żebracy czekający na turystów przy farmie krokodyli

 

 

MIŁEGO STRACHU (“HAVE A NICE FRIGHT”) ORAZ POŻEGNANIE Z KRAINĄ UŚMIECHU

Azjaci jak to Azjaci nie najlepiej radzą sobie z wymowa języka angielskiego. Prowadzić to może czasem do dość zabawnych sytuacji. Wspominałem już wcześniej o “Fist Masażach” (z ang. Masaż Pięścią). Tym razem stewardessa wpuszczająca mnie na płytę lotniska życzyła mi „przyjemnego strachu” (z ang. nice – miły, przyjemny / fright – strach) zamiast miłego lotu 🙂 Nie mogę mieć jej tego za złe tym bardziej, że przy tym tak pięknie się do mnie uśmiechała. Z resztą uśmiechała się praktycznie każda z osób pracujących na lotnisku. Nigdy jeszcze (a latałem już przecież 10-tki razy) nie doświadczyłem tak miłej i zrelaksowanej odprawy przed lotem. Uśmiechał się więc pan wydający karty pokładowe i odbierający bagaż, uśmiechała się szczerze i szeroko pani przy skanerze, nawet urzędnicy z “emigration” byli wyjątkowo wyluzowani. Po kolei uśmiechali się do mnie inni pracownicy lotniska, w tym również trzy panie mundurowe koło których przechodziłem udając się w stronę swojej bramki. Co więcej uśmiechy nie wyglądały na wystudiowane a wręcz na zupełnie szczere, spontaniczne i bardzo ciepłe. Na prawdę niesamowici ludzi z tych Kambodżan. Po raz kolejny muszę stwierdzić, że to Kambodża a nie Tajlandia jest prawdziwa kraina uśmiechu 🙂

Wszystkie Blogi