KAMBODŻA – IMPERIUM KHMERÓW cz. 1

KAMBODŻA – IMPERIUM KHMERÓW cz. 1

Siem Reap – Dziennik z podróży…

 

Część I – SIEM REAP I JEGO MIESZKAŃCY

 

WITAMY W KAMBODŻY

Na lotnisku w Kambodży wita mnie coś jak na te porę roku zupełnie niezwykłego a mianowicie tropikalna ulewa. Jestem tym faktem trochę przerażony bo jeśli taka aura utrzyma się przez kolejne kilka dni to poza widokiem z okna pokoju hotelowego niewiele uda mi się tu zobaczyć. No nic pożyjemy zobaczymy. Na szczęście nie muszę poruszać się po płycie lotniska na własnych nogach. Dość szybko podjeżdża autobus który dowozi mnie pod sam terminal. Tam rozpoczyna się proces aplikacyjny o wizę turystyczna. Wszystko przebiega szybko i sprawnie pomimo, ze wraz ze mną przyleciało kilkadziesiąt innych osób i wiele z nich również załatwia wizę na miejscu. Paszport każdego z aplikantów przechodzi po kolei z rąk jednego urzędnika do drugiego. Jest ich około 10 i wszyscy siedzą przy jednym długim kontuarze. Sam paszport podróżuje między nimi przez jakieś 5 min. Trzeba przyznać, że ci faceci mają na prawdę fajna pracę, śmieją się, żartują między sobą. Nie ma napięcia i powagi towarzyszącego zazwyczaj na innych “emigration” na jakich bylem mimo ze wszyscy urzędnicy w umundurowani. Coś mi się wydaje, ze Kambodża nawet bardziej dużo bardziej zasługuje na miano krainy uśmiechu niż Tajlandia z której właśnie przyleciałem. Mimo panującego luzy wszystko jest dobrze zorganizowane, na bagaż tez długo nie musiałem czekać. Przed lotniskiem wita mnie Nim, który ma zawieść mnie do hotelu. Na szczęście powoli już przestaje padać choć nadal jest szaro-buro, zupełnie jak podczas pory deszczowej. Nim prowadzi mnie do swojego tuk, tuka, zupełnie innego od tych którymi poruszałem się w Indiach, Afryce czy choćby Tajlandii. Kambodżański tuk tuk to po prostu motor z zadaszoną przyczepą. Myślę sobie, fajnie będzie się tym jechało w deszczu po wertepach. Ale nie ma strachu, nie utopię się, nim rozwija brezentowy materiał po obu stronach przyczepki. Jemu niestety do ochrony przed deszczem musi wystarczyć.. kask. Nie zazdroszczę. Ruszamy więc naszym mobilnym wodoodpornym namiotem 🙂

Po drodze mijamy pola, i skromne domki. Jest biednie, bardzo biednie, zupełnie inaczej niż w sąsiadującej Tajlandii. Mój hotel znajduje się na obrzeżach Siem Reap. Okolica niezbyt zamożna i trochę przypomina mi Indie. W Tajlandii praktycznie nie czułem egzotyki, tutaj czuję.. moim oczom znów ukazuje się inny nieznany dotąd świat. Centrum miasta jest inne, mocno zeuropeizowane …a może raczej zamerykanizowane? Tak, to chyba właściwe słowo, jest tu zaskakująco dużo białych (znacznie więcej niż spotykałem w Indiach) głównie amerykanów. Obowiązującą walutą jest dolar. Płacę więc nim za tuk-tuki, jedzenie w hotelach, a nawet artykuły spożywcze (naklejki na produktach podają ceny w dolarach). Niekiedy ceny są na prawdę zawrotne i bywają nieco zaskakujące. Piwo za 2 dolary w tak biednym kraju? Whisky kosztuje mniej więcej tyle co w Polsce, natomiast jest znacznie tańsze niż np w Irlandii.

 

SiemReap01

Fot.1 – Kambodżańska moto-riksza

 

SIEM REAP – Z ŻYCIA MIASTA

Miasto jak miasto. Nie podejmę się tym razem opisywanie jego historii. Zamiast tego zapraszam do oglądania zdjęć:

SiemReap02

Fot.2 – Pan i Władca

 

SiemReap03

Fot.3 – Spadochroniarz

 

SiemReap04

Fot.4 – Małpie polowanie..

 

SiemReap05

Fot.5 ..na wyżerkę 🙂

 

WYBIELACZ NAD WYBIELACZE

… czyli półki sklepowe pełne produktów rozjaśniających kolor skóry. W sumie nic, nowego, dość powszedni widok w całej Azji, gdzie odwrotnie niż w świecie zachodnim blada skóra jest sexy. I tu w TV gwiazdy i gwiazdeczki jakieś takie bledsze od przeciętnego Kambodżanina.

Poniżej typowa sklepowa półka z tego typu produktami (Co ciekawe wybielającej pasty do zębów tu nie uświadczysz):

 

SiemReap06

Fot.6 — Wybielacze

 

DOBRE BO POLSKIE

Powyżej wspominałem alkohole. W tym samym sklepie trafiłem na asortyment który sprawił, że przez chwilę poczułem się jak w domu 🙂 Zresztą zobaczcie sami:

 

SiemReap07

Fot.7 — Kapitańska

 

POLICE DON’T LOOK FOR PEOPLE, POLICE LOOK FOR MONEY (eng. „Policja nie szuka ludzi, Policja szuka pieniędzy”)

Nietrudno zauważyć, że mundurowi w Kambodży mają się nie najgorzej. Generalnie policjantów w akcji (tzn. spacerujących) widziałem tylko raz. Najczęściej siedzą gdzieś albo o coś się opierają. Wielu z nich leżakuje bądź śpi na rozwieszonych na drzewach hamakach. Bardzo często widać ich również roześmianych, z telefonami komórkowymi nawet podczas patrolu (a raczej przejażdżki) po ulicach miasta. Mogę się domyślać, że praca ta jest marzeniem wielu mieszkańców Kambodży. Nie dziwi mnie więc, że o mundurowych mają wyrobione zdanie. Tytułową kwestię wygłosiła mała i niezwykle rezolutna handlarka znad jeziora Sras Prang. Miała niezły angielski, gadane no i charakterek. W przyszłości będzie okręcać facetów wokół małego palca. Kiedy zapytałem ja o zdjęcie i nie bardzo chciała się zgodzić zażartowałem „Czy to nie przypadkiem dlatego, że szuka Cię policja?”. Dziewczynka spojrzała na mnie i odpowiedziała spokojnie „Policja nie szuka ludzi, Policja szuka pieniędzy”. Czy można było jeszcze klarowniej ubrać w słowa stosunek mieszkańców do mundurowych? I jak tu dziwić się zadowoleniu i luzowi miejscowych funkcjonariuszy? Czy wszyscy płacą im za święty spokój? Czy też jest jeszcze kambodżańska mafia? A może mundurowi to jedyna mafia tutaj? Odpowiedzi na te pytania mogę się jedynie domyślać i myślę że moje podejrzenia nie takie znowu dalekie są od Kambodżańskiej rzeczywistości.

 

SiemReap08

Fot.8 – Rezolutna, wygadana i z charakterem.

 

Żeby nie być gołosłownym, kambodżańska policja w akcji:

SiemReap09

Fot.9

 

SiemReap10

Fot.10

 

Co ciekawe na ulicach miasta przysypiają głównie policjanci. Inni mieszkańcy mają w sobie o wiele więcej życia, nawet Ci w podeszłym wieku:

SiemReap11

Fot.11

NIGHT MARKET czyli NOCNA ZMIANA

Azjaci lubią handlować wieczorami. Nic w tym dziwnego, przecież w ciągu dnia temperatura bywa dosyć uciążliwa. Takie rynki znajdziemy w całej Azji, nic więc dziwnego, że i Siem Reap może pochwalić się takim przybytkiem. Można tu kupić tradycyjne wyroby rękodzielnicze, produkty spożywcze, “wykwintne” alkohole z zatopionymi skorpionami i kobrami, mniejsze lub większe “krokodylowa-te” wypchane gady oraz całą masę podróbek. Można też spotkać ciekawe osobowości, kilka z nich udało mi się namówić na zdjęcia 🙂

 

SiemReap012
Fot.12 – Pamiątka z Kambodży.. tylko jak taki suwenir spakować?

 

FIST MASSAGE (eng. “Masaż pięścią”)

O co chodzi? Bardzo rożne masaże można sobie zafundować w Sieam Ream, ale “Fist Masagge”?? Brzmi trochę jak coś z gatunku sodo-maso 😉 Zaciekawiony pytam więc dziewczynę o wyjaśnienie. Ta wskazuje na akwarium pełne małych rybek i wygłasza po raz kolejny sakramentalne “Fist massage”. I wszystko jasne. Chodzi o “fish massage” podczas którego małe rybki usuwają ze stóp martwy naskórek. Poniżej dziewczyna od sodo-maso:

 

SiemReap13

Fot.13 – Dziewczyna od Rybek

 

Na wstępie wspominałem, że moim skromnym zdaniem raczej Kambodża a nie Tajlandia zasługuje na miano krainy uśmiechu. Sami zobaczcie dlaczego 🙂

 

SiemReap14

Fot.14

 

SiemReap15

Fot.15

 

SiemReap16

Fot.16

 

SiemReap17

Fot.17

 

SiemReap18

Fot.18

 

SiemReap19

Fot.19

 

SiemReap20

Fot.20

 

MARKOWE ZEGARKI

Jaki suwenir przywieść sobie z egzotycznego kraju? Właściwie we wszystkich krajach tego regionu jest dokładnie ten sam asortyment. Mam już więc “grawerowane” muszle z Phuket (notabene takie same jak te z nad Bałtyku, tyle że zamiast napisu “Międzyzdroje” widnieje napis “Tajlandia”) , Geneshe, Główki niczym te że świaąyń Angkor Wat, wychudzonego Buddę. Co więc wybrać? Z czego oprócz niezwykłych świątyń rodem z Tomb Raidera słynie ten region?

A tak podróbki. Kupiłem więc sobie dwa “szwajcarskie” zegarki. Wcale nie z chin jak się za pewne spodziewacie ale jak zapewniał sprzedawca made in Korea. Trzeba przyznać że całkiem nieźle wykonane. Do wyboru były więc m.in Rolexy i IWC, różne modela, wszystkie za jakieś 15-25euro. Oryginalny zegarek to kilkanaście tysięcy euro albo i lepiej. Jako że swego czasu pracowałem kiedyś w kontroli jakości, myślę, że mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że oko mam dość dobrze wyrobione. Obejrzałem więc sobie kilka zegarków i niektóre wyglądały zaskakująco dobrze wykonane. Oczywiście detale nie były tak dopracowane i widać było, e wykonane były z gorszych materiałów ale na pierwszy rzut oka można by się pomylić. W porównaniu do oryginałów podróbki są trochę grubsze i znacznie cięższe. mają tez pewną irytująca przypadłość. Otóż trzeba je nastawiać, każdego poranka a to dlatego, że nie są zasilane baterią ale mają tzw. mechanizm kinetyczny, niestety bardzo marnej jakości. W drogich ekskluzywnych zegarkach tak naładowany czasomierz można odłożyć na miesiące a nawet lata, podróbka rozładowuje się po 3-4 godzinach.

Co ciekawe najgorzej wyglądały (i już na pierwszy rzut oka rzucało się w oczy ze to podróbka) zdawałoby się wyjątkowo łatwe do podrobienia elektroniczne G-Shocki. Widać było tani błyszczący plastik i słabej jakości wyświetlacz. Wyglądały jak zabawki dla dzieci do lat trzech. O ile na zewnątrz większość zegarków prezentowała się całkiem nieźle to mechanizmy miały jednak chyba nie najlepszej jakości. Koniec końców sprawiłem sobie dwa. Po dokładnej inspekcji w hotelu okazało się, że skuteczność udanego zakupu miałem na poziomie około 50 procent. Jeden z zegarków nie dość że nie dział to jeszcze latała w nim niczym grzechotka jedna ze wskazówek z malej tarczy chronometra. Niby nie majątek ale wróciłem z reklamacją. Pieniędzy nie zwracają ale wymieniają bez problemu, chociaż tyle. Uparłem się na „wymarzony model” który teraz zwracałem licząc na refundacje. Nic z tego sprzedawca, wyruszył w pogoń po innych stoiskach w poszukiwaniu mojego wymarzonego modelu. Przecie raz złapanego dolara nie wypuszcza się z ręki. Zrozumiałem, że z odzyskania pieniędzy nici i ostatecznie dostałem nawet „lepszy” model i ukontentowany wróciłem z powrotem do hotelu.

Swoja drogą tak sobie teraz myślę, jak musi czuć się posiadacz oryginalnego zegarka za grube setki czy tysiące dolarów przechadzający się po zaułkach Night Marketu w Sieam Reap. Przecież to w końcu dla niego symbol statusu społecznego bądź w niektórych przypadkach rekompensata małego przyrodzenia. A tutaj w Siem Reap niemal identyczny zegarek nosi rikszarz albo kelner w restauracji. Inna sprawa, ze nawet taki podróbki są bardzo drogie i dla przeciętnego Kambodżanina. Zakupiona więc na miejscowym targu podróbka również może stanowić powód do dumy i budzić zazdrość wśród innych rikszarzy bądź kelnerów. Wbrew pozorom wcale nie ironizuje i pisze to zupełnie na poważnie, bo bieda w tym kraju jest na prawdę niewiarygodna.

 

SiemReap21

Fot.21 – Pora wracać

 

SiemReap22

Fot.22 – Rikszarz

Wszystkie Blogi