INCREDIBLE INDIA cz. 5

INCREDIBLE INDIA cz. 5

Bodh Gaya – Dziennik z podróży…

 

INCREDIBLE INDIA  

(z j. ang. NIEWIARYGODNE INDIE) 

 

Część V – “Bodh Gaya – Kolebka Buddyzmu”

 


Dzień Siódmy (31.XII.2010)

Fot01

Fot. 1 – “Gigantyczny posąg Buddy”

 

RETROSPEKCJA

Dzień wcześniej rano, zajechał w samo południe Arkejdża, nowy szofer. Niewysoki, łysiejący z sumiastym, czarnym wąsem. Nie jest specjalnie wylewny; chyba nas nie lubi, bo naskarżyliśmy na kolegę po fachu, ale wygląda na profesjonalnego.
Jest również inna opcja – był zmęczony. Jak się okazało jechał tu przeszło 20 godzin w pociągu. Nie zazdroszczę..
Witamy się; zapewniamy, że będzie miał okazję sobie wypocząć. On jednak twierdzi, że jest na “24 hour service” i jak chcemy gdzieś jechać to “no problem, Sir”.
Jest tylko jedno ale – w samochodzie zawodzi alarm, który trzeba opanować. Obiecuje, że się tym zajmie i jeszcze dziś samochód będzie w pełni sprawny.
Tego dnia jednak już było zbyt późno na jakiekolwiek wyprawy a ponadto trzeba facetowi dać odpocząć.
Umawiamy się więc na jutro, na szóstą rano. Do Bodh Gaya droga daleka, więc trzeba wyruszyć jeszcze przed świtem.
Ruszamy bez śniadania, po tym jak to widzieliśmy wypłakującego się chłopakom z hotelu Sorosa, boimy się posiłkowych “wkładek”. Jedziemy więc bez śniadania.Po drodze się coś kupi. Arkejdża prowadzi zdecydowanie spokojniej od Sorosa, ale mimo to pewnie, na mapach zna się chyba lepiej, ale z jego angielskim niestety jest jeszcze gorzej niż  z Soroszowym. Z tego co mówi, więcej się domyślam, niż rozumiem, ale może to i lepiej. Wiemy już co się dzieje, jak się człowiek z kierowcą nadto zaprzyjaźni..

 

NO TO JAZDA

Z Varanasi do Bodh Gaya jest około 250 km. Powinniśmy jechać jakieś 3,5 godziny, ale jedziemy dłużej.. nieważne; w Indiach Google maps i jego szacunki i tak się nie sprawdzają. GPS też nie jest tu dostępny. Zostaje nam więc optymizm. Uzbrojeni w optymizm po zęby liczymy, że dojedziemy do Budda-landu możliwie szybko.
Koniec końców, zabiera nam to pięć godzin, no ale po drodze zatrzymaliśmy się na obiado-śniadanie. Nowo otwarty hotel.. wewnątrz surowo jak w bunkrze, obrusy niezbyt czyste, metalowe krzesła z czerwonymi obiciami jeszcze w folii, do tego żadnych gości a widoczna w oddali, przez otwór w ścianie kuchnia raczej nie zachęca.. Nieważne, nic lepszego i tak tu nie znajdziemy.. Obiad nawet był zjadliwy i jak się później okazało “bezpieczny” dla żołądka.

 

Trasa z Varanassi do Bodh Gaya:

 

Varanassi - bodhgaya

 
 

BODH GAYA

Pierwsze wrażenie niezbyt pozytywne. Kurczę, to taki Buddyjski disneyland. Wszędzie turyści, nagabujący hindusi, stragany, a pomiędzy tym wszystkim różnej maści świątynie. Niektóre z nich mają naprawdę ciekawą architekturę. Przed niektórymi z nich czułem się jak w znajdujących się o “rzut beretem” Chinach. Pagody, chińskie smoki i oczywiście krzaczaste pismo. Były też świątynie przypominające te z Nepalu, niektóre z nich naprawdę bajeczne.. tylko te tłumy ludzi :/ dla mnie jako fotografa – porażka. No ale, będą przynajmniej fajne sample pod fotomontaże 🙂
Poza główną świątynią, do opisu której jeszcze wrócę, chyba największe wrażenie robi kilkudziesięciometrowy gigantyczny Budda. Są też oczywiście wielkie posągi Wishnu i pozostałych postaci z Trójcy.

 

Poniżej kilka efektowniejszych świątyń z Bodh Gaya:

 

Fot02
Fot. 2

 

Fot03
Fot. 3

 

Fot04
Fot. 4

 

Fot05
Fot. 5

 

 

…oraz nieco mniej efektowne otoczenie jednej z nich:

 

Fot06
Fot. 6

 

 

TROCHĘ HISTORII

Według tradycji buddyjskiej, to właśnie w Bodh Gaya rosło święte drzewo figowe, pod którym Siddhartha Gautama (a przed nim czterech jego mistycznych poprzedników) dostąpił przebudzenia (bodhi), stając się Buddą czyli Przebudzonym.
Najstarszą budowlą sakralną w Bodh Gaya była mała świątynia z czasów króla Aśoki, panującego w drugim stuleciu p.n.e. Jednakże około II wieku n.e., za panowania dynastii Kuszanów, zburzono ją i zastąpiono nową, większą świątynią, której nadano miano Świątyni Wielkiego Przebudzenia (Mahabodhi).
Jak się dowiedziałem – w trakcie przeprowadzonej w XIX w. renowacji kompleksu świątynnego odkryto pozostałości krużganka wybudowanego w miejscu medytacyjnych przechadzek Buddy. Ślady jego stóp odtworzono więc w posadzce w postaci szeregu kwiatów lotosu. Sama świątynia Mahabodhi była wielokrotnie przebudowywana i mimo, że jej obecny kształt nijak ma się do historycznych poprzedników, nadal stanowi symboliczne centrum indyjskiego i światowego buddyzmu. Nic więc dziwnego, że stanowi cel dla wielu pielgrzymek zarówno buddystów, jak i hindusów.

 

Fot07
Fot. 7 – “Czytelnik”

 

Fot08
Fot. 8 – “Ściąga”

 

Fot09
Fot. 9 – “Jak widać w zajęciach uczestniczą zarówno starzy jak i młodzi”

 

Fot10
Fot. 10 – “Jeden z miejscowych hoteli”

 

Fot11
Fot. 11 – “Pieskie życie”

 

 

MAHABODHI

Jadąc tam nie byliśmy pewni, czy prace remontowe na świątyni zostały już zakończone. Na wielu zdjęciach, jakie oglądaliśmy w Internecie otoczona była niezbyt atrakcyjnie wyglądającymi rusztowaniami.
Na szczęście, do naszego przyjazdu było już po renowacji.
I jakie wrażenie robi świątynia? Na pielgrzymach na pewno piorunujące.. A na mnie? Szczerze mówiąc takie sobie. Brak jej autentyczności i surowości.. Wygląda trochę jak jeden z hoteli przy Stripie w Las Vegas, no ale znów na sample do fotomontaży się nada 😉
Swoją drogą, jeśli czyta to ktoś zafascynowany budduzmem, klnie na mnie zapewne na czym świat stoi pomimo, że jako praktykowi medytacji zupełnie mu to nie przystoi 😉
Prawda jest jednak brutalna – autentyczności nie ma w tym wcale. Jest za to dużo kolorów i masy na czerwono ubranych nastoletnich, najczęściej roześmianych mnichów. Rozglądam się wokoło i zastanawiam. Jak w takich warunkach można medytować? Mniszki na rękach mają G-Shocki i inne markowe zegarki, i jakoś za grosz nie widać u nich skupienia i koncentracji. Są radośni, uśmiechnięci i szczerze powiedziawszy lekko rozbrykani.. jak to nastoletnie chłopaki 🙂
U stóp świątyni znajdują się swego rodzaju ogrody, w których rozłożone są dziesiątki (z może i setki) leżanek, które wykorzystywane są podczas modlitwy bądź medytacji. Na niektórych odbywają się właśnie nie do końca zrozumiałe dla mnie rytuały i ćwiczenia. Nic dziwnego, jestem laikiem. I znów pewnie ktoś sklął mnie za moją ignorancję i nieprzygotowanie 😉
Jeden z rytuałów rozpoczynany jest na brzegu leżanki w pozycji stojącej z rękami złożonymi jak do modlitwy, potem delikwent klęka i zjeżdża do pozycji poziomej, po czym dokładnie w ten sam sposób, tyle, że na rewersie wraca do pozycji stojącej.. i tak w kółko.. pewnie i dziesiątki razy.. Część z medytujących w ten sposób to biali (europejczycy, bądź amerykanie).
Rozglądam się w około i znów zastanawiam “Jak w takich warunkach można w ogóle medytować??”

 

Fot12
Fot. 12 – “Mahabodhi”

 

Fot13
Fot. 13 – “Mniszki z G-Shockami”

 

Fot14
Fot. 14 – “Buddyjskie pompki…”

 

Fot15
Fot. 15 – “…oraz turyści z zachodu oddający się ćwiczeniom medytacyjnym”

 

 

POMOCNA DŁOŃ

Jeden z obrazów, który mnie zszokował i na pewno na trwałe zapisze mi się w pamięci.. wołanie o pomocną dłoń..
Z resztą, poniższe zdjęcie opowie więcej niż tysiąc słów, którymi bym je opisał:

 

Fot16
Fot. 16 – “Nie wszystkim jest kolorowo…”

 

 

Jeszcze tylko kilka słów o okolicznościach jego powstania. Otóż na wewnętrzny “spacerniak” Mahabodhi nie wpuszcza się z wiadomych względów żebraków.
Ci jednak wzięli się na sposób i wyciągają ręce przez otaczający świątynię mur, licząc na datki. Niekiedy ustawiają się jeden przy drugim i wtedy ze ściany wystaje swego rodzaju las błagających rąk..
Podczas wykonywania tego zdjęcia spotkało mnie coś niezwykle miłego. Kiedy już odchodziłem od przerwy w murze, dostrzegła mnie młoda żebraczka. Pewnie obserwowała mnie kiedy fotografowałem.. Nie wyciągnęła jednak łapek po pieniądze, tylko pomachała i uśmiechnęła się do mnie przez otwór w murze. Odmachałem jej oczywiście z uśmiechem.. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zrobił jej zdjęcia.. 🙂

 

A efekt możecie zobaczyć poniżej:

 

Fot17
Fot. 17 – “Wesoła Żebraczka”

 

 

…i kolejne zdjęcia wykonane  zza muru świątyni:

 

Fot18
Fot. 18 – “Nie wszystko złoto…”

 

Fot19
Fot. 19 – “Żebrak z Bodh Gaya”

 

 

Kilka obrazków z życia Bodh Gaya:

 

Fot20
Fot. 20 – “Gigantyczny posąg Buddy”

 

Fot21
Fot. 21 – “Bezstresowe wychowanie”

 

Fot22
Fot. 22 – “Łza”

 

Fot23
Fot. 23 – “Targowisko”

 

Fot24
Fot. 24 – “Prohibicja”

 

Fot25
Fot. 25 – “U szewca”

 

Fot26
Fot. 26 – “Sprzedawca”

 

Fot27
Fot. 27 – “Na zmywaku”

 

 

WYCHODEK

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zeszli z przeznaczonych dla turystów ścieżek. Koniec końców, trzeba się rozejrzeć, a lokalny disneyland jakoś nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia.
Skręcamy więc w boczną uliczkę i oczom naszym ukazują się ruiny. Małe, zaniedbane, porośnięte krzakami.
Te wyglądają naprawdę autentycznie..Tylko dlaczego tak tu śmierdzi moczem? Po chwili sytuacja staje się bardziej klarowna, przylatuje kilku nastoletnich mnichów i śmiejąc się opróżnia pęcherz wprost na ściany zaniedbanej świątyni. No i wszystko jasne.. Tak właśnie potomkowie Buddy dbają o dziedzictwo przodków..

 

Poniżej wspomniana toaleta dla mniszków:

 

Fot28
Fot. 28

 

Fot29
Fot. 29

 

Fot30
Fot. 30

 

 

HINDUSKA “L-ka”

Czym jest tytułowa “L”-ka ? Fotografom chyba nie musze wyjaśniać nawet jeśli nie są zwolennikami systemu canona 😉 Każdy zorientowany w temacie i szanujący się fotograf wie, iż L-ki to canonowskie “L”uksusowe (od ang. Luxury) obiektywy z najwyższej półki, przeznaczone dla najbardziej wymagających i przy okazji najbardziej kasiastych fotografów 😉 Taka L-ka zazwyczaj nie mało kosztuje, więc nie każdy amator jest w stanie sobie na taki “luksus” pozwolić.. Jak na polskie warunki szkła zaczynające się od około 3000 pln to zawrotna suma.. a co dopiero w takich Indiach. Co więc ma robić hinduski fotograf, chcąc wglądać możliwie najbardziej profesjonalnie?
Otóż hinduski fotograf naciągnie sobie na obiektyw czerwoną gumkę recepturkę symulującą czerwony pasek będący znakiem rozpoznawczym canonowskich szkieł luksusowych. Takich delikwentów zdarzyło mi się widzieć kilku w Both Gaya i pod Taj Mahalem 🙂 Czy już wspominałem, że nie tylko Polak potrafi? 😉

 

Na koniec jeszcze kilku napotkanych w Bodh Gaya tubylców 🙂

 

Fot31
Fot. 31 – “Dziewczynka z Bindi”

 

Fot32
Fot. 32 – “Szeregowy”

 

Fot33
Fot. 33 – “Małe strachy”

 

Fot34
Fot. 34 – “Rodzeństwo”

 

Fot35
Fot. 35 – “Rikszarz z Bodh Gaya”

 

Fot36
Fot. 36 – “Pokolenia”

 

Fot37
Fot. 37 – “Dziewczynka z Tilaką”

 

Fot38
Fot. 38 – “Wewnętrzna harmonia”

 

Fot39
Fot. 39 – “Teletubiś”

 

Fot40
Fot. 40 – “Dziewczyna z Both Gaya”

 

Fot41
Fot. 41 – “Kobieta z Bodh Gaya”

 

Fot42
Fot. 42 – “Chłopiec z Bodh Gaya”

 

Fot43
Fot. 43 – “Dziewczynka z Bodh Gaya”

 

Fot44
Fot. 44 – “Rikszarz… w pełnej okazałosci”

 

Fot45
Fot. 45 – “Matka z dzieckiem”

 

 

SYLWESTER

Czy coś jeszcze ciekawego wydarzyło się w Bodh Gaya? Chyba nie, no może poza tym, że znów usiłowaliśmy się dodzwonić do biura bagażowego, Piotrka chcieli dwa razy skasować za Internet, a mnie oskarżyli o wykonanie jednego więcej telefonu.. Oczywiście nie daliśmy się oskubać, zabawne jak to szybko człowiek się uczy ostrego targowania 🙂
Arkejdża, jak na razie okazywał się bardzo solidny, był oczywiście na czas i bezpiecznie dowiózł nas późnym wieczorem z powrotem do hotelu w Varanasi.. Ale ale, prawie zapomniałbym, po drodze przegapiliśmy sylwester, którego tutaj i tak się nie obchodzi. W centrum Varanasi niby coś miało się dziać, ale my już byliśmy zbyt zmęczeni, żeby zawracać sobie głowę takimi głupotami 😉 Następnego ranka czekała nas pobudka o piątej rano i wyprawa do Kajuraho.

 

Wszystkie Blogi