INCREDIBLE INDIA cz. 4

INCREDIBLE INDIA cz. 4

Varanasi – Dziennik z podróży…

 

INCREDIBLE INDIA  

(z j. ang. NIEWIARYGODNE INDIE) 

 

Część IV – “Varanasi i Święta Rzeka Ganges”

 

Dzień Piąty (29.XII.2010)

Bagażu jak nie ma, tak nie ma. Do biura nie możemy się oczywiście dodzwonić. Ruszamy więc z rana na Gathy, czyli schody do Świętej Rzeki. Kiedy oglądałem owe gathy w przewodniku, zastanawiałem się jak to podzielić, by jak najwięcej zobaczyć, a jeśli to możliwe przejść przez wszystkie. Na miejscu okazało się, że to żadne wyzwanie i spacerem można je spokojnie przejść w dość krótkim czasie. Z resztą, taki spacer przez całość robiliśmy co najmniej dwa razy. Do tego dwa rejsy Gangesem. Jeden rekonesansowy pierwszego dnia. Drugiego dnia, w promieniach wschodzącego słońca.. Eh, mają coś w sobie te Gathy Varanasi…

 

Fot01

Fot. 1 – “Święta Rzeka, Ganges”

 

TROCHĘ HISTORII

Jakie jest Varanasi? Zatłoczone? Na pewno, w końcu ma przeszło 3 miliony mieszkańców. Brudne? Oczywiście.. jak w każdym hinduskim mieście, śmieci rzucane są wprost na ulicę, a ścieki płyną ulicami wprost do Gangesu. Święte? Dla wyznawców buddyzmu i hinduizmu na pewno. Tu właśnie dokonuje się rytualnych kąpieli w świętej rzece oraz rytualnego palenia zwłok zmarłych. Również tutaj, mieści się Park Jeleni, w którym – jak głosi legenda – swe pierwsze kazanie wygłosił Budda do zgromadzonych tam pięciuset ascetów.
Zgodnie z ową legendą, Varanasi zostało założone przez Shivę. O tym ostatnim, również warto by napisać kilka słów, gdyż jest on jednym z najważniejszych dewów (Dewa – jaśniejący, oświecony, świetlisty) w hinduizmie i wraz z Brahmą i Wishnu tworzy trimuti, czyli swego rodzaju trójcę hinduistyczną. Symbolizuje w niej unicestwiający i odnawiający aspekt boskości.
Ma 1008 imion i przedstawiany jest najczęściej jako Nataraja, czyli mistrz tańca, ale także jako asceta, jogin, dobroczyńca, głowa rodziny oraz przede wszystkim jako niszczyciel.
Dość skomplikowana i pełna sprzeczności postać. Dla Europejczyka raczej trudna do zrozumienia 🙂

Varanasi.. Miasto każdego roku odwiedzane jest przez miliony wiernych, pielgrzymujących do brzegu rzeki w celu oczyszczenia się z grzechów. Pomimo ponad trzech tysięcy lat tradycji, większość zabytków Varanasi ma nie więcej niż dwieście lat, a to za sprawą licznych najazdów muzułmańskich, jakie nękały Indie począwszy od XVI wieku.

 

Fot02

Fot. 2 – “Kaskada”

 

Oczywiście, największą atrakcją dla turystów są ghaty, czyli schody do rzeki. Ciągną się one wzdłuż brzegów świętej rzeki na dystansie sześciu kilometrów. Pielgrzymi przybywający do Varanasi, już od świtu pojawiają się na poszczególne ghaty, by odbywać na nich oczyszczające kąpiele (pudja), oraz aby medytować. Brahmini oferują błogosławieństwo, żebracy proszą o jałmużnę, dając innym możliwość poprawienia swojej karmy. Każdego dnia na ghaty przybywają kondukty pogrzebowe, by dokonać rytualnej kremacji zmarłych.
Najważniejszych jest pięć gath. Przy ich stopniach pielgrzymi mają obowiązek dokonać kąpieli. Oczywiście wszystkie jednego dnia i w określonej kolejności. Są to: Asi, Dasaswemedh, Barnasangam, Panćaganga i Manikarnika. Wiele ghatów należało niegdyś (i nadal należy) do maharadżów, lub innych możnowładców. I tak Śiwala Ghat jest własnością Maharadży Varanasi.

Poszczególne schody mają niekiedy różne przeznaczenie i tak dla przykładu Dandi Ghat są miejscem ascetów a Harishćandra (Smaśan Ghat) jest miejscem, gdzie pali się zwłoki.
Zajmują się tym wyłącznie chadal czyli nietykalni.

 

Fot03

Fot. 3 – “Ostatni krzyk mody”

 

KASTY

Taką oto zgrabną definicję Kasty udało mi się odnaleźć:

Kasta (hiszp. casta – rasa, ród) – ściśle zamknięta grupa społeczna, której odrębność, wynikająca z przepisów religijnych lub prawnych, jest zwykle usankcjonowana zwyczajowo. Kasty zajmowały określone obszary, a ich członkowie byli związani ze sobą wspólnymi obrzędami i wykonywaniem tego samego zawodu. Kasty były zhierarchizowane, jedne uważano za lepsze, a inne za gorsze. Przynależność do każdej z nich była dziedziczna.

I chyba wszystko się zgadza. W definicji owej, o kastach mówi się w czasie przeszłym.
Jak to wygląda w rzeczywistości? Choć system kastowy jako taki zniesiony został w 1947 roku, to ponoć w niektórych rejonach Indii (szczególnie na wsi) nadal jest on dość powszechnie praktywkowany. Na ulicach nadal widuje się przedstawicieli różnych kast, szczególne współczucie budzą oczywiście członkowie tych najniższych.
Dla mnie, jako europejczyka, najbardziej szokującym widokiem byli okaleczni żebracy.
Z poobcinanymi dłońmi, stopami lub palcami u rąk i nóg.. żebrzący na ulicach.. wyciągający ku nam zniekształcone i okaleczone kikuty. Najgorsze jest to, że w większości nie są to wcale ofiary wypadków. Taki los zgotowała im rodzina, utrzymująca się z tego, co przyniesie do domu tak “przygotowany” do procederu żebraka kaleka.

 

Fot04

Fot. 4

 

Fot05

Fot. 5

 

Samą ideę kast, ich rodzaje, genealogię, rytuały i tym podobne,. długo można by opisywać i zapewne niejedną książkę na ten temat napisano. Ja podam tylko kilka ogólnych informacji, na które natrafiłem robiąc mały research.
Otóż, na zachodzie często mylone i utożsamiane są z systemem kastowym dwa pojęcia a mianowicie warna i dżati.
Tylko drugie z nich, rzeczywiście odnosi się do kasty. Pierwsze jest odpowiednikiem stanu społecznego, odpowiednika koncepcji społecznych charakterystycznych na przykład dla średniowiecznej Europy. Jeśli chodzi o warny, hindusi wyróżniają ich cztery.
Są więc: bramini (najwyższy, wywodzący się z ust, głównie kapłani i święci mężowie), kszatrijowie (wywodzący się z ramion, wojownicy i rządcy, monarchowie), wajśjowie (wywodzący się z ud, kupcy, rzemieślnicy) oraz śudrowie (wywodzący się ze stóp, ludność służebna np. robotnicy rolni, księgowi, itp.).
Jest tez dodatkowy, piąty rodzaj ludzki, nie zaliczający się jednak do warny. Są to tzw. dalitowie czyli nietykalni. Nie podejmę się opisania systemu kastowego, bo w tym wszystkim nie jeden hindus za pewne by się pogubił. Wspomnę tylko, że w zależności od źródła, kast (wraz z podkastami) istniało w Indiach od 3 do 10 tysięcy, ale są i badacze podający zawrotną liczbę 100 tysięcy (sic!)

 

Fot06

Fot. 6 – “Relax” ..czyli chwila kontemplacji po fajce”

 

Fot07

Fot. 7 – “Chocolate Jesus”

 

Zaraz, zaraz prawie zapomniałbym.. Są jeszcze Pozakastowcy, czyli wykluczeni poza system ortodoksyjnego hinduizmu. Dzieje się tak najczęściej w następstępstwie zaniechania przez delikwenta obowiązków religijnych i społecznych, wynikających z warny i dźati. Staje się on wtedy istotą nie podlegającą prawu karmy, czyli nie posiadającą potencjału do reinkarnacji. czyli Jakby nie patrzeć, ma dośc konkretnie przechlapane 😉

 

REJS PO GANGESIE

Przed wyjazdem zadałem sobie trochę trudu, żeby się zorientować, ile to powinien nas taki rejs kosztować. Kwoty padały różne, np. 200-300 rupii. Pewien optymista podał nawet 160rs.

Jak to wyglądało w rzeczywistości?
Pierwsza oferta jaką usłyszałem dosłownie zwaliła mnie z nóg, za nas dwóch 800 rupii (!)
Niezły początek, nie ma co. Optymista zszedł koniec końców do 400, ale i tak nie skorzystaliśmy z jego usług. Wybraliśmy innego, który zabrał nas za 80 (!) po 40 od łebka. Koniec końców daliśmy mu stówkę za to, że zgodził się zawieźć nas w inne miejsce, zamiast wrócić w to, z którego wypłynęliśmy.

Widok był niesamowity; nic dziwnego, że to obowiązkowy punkt każdej wyprawy do Varanasi. Kolorowe gathy mają, doprawdy, niezwykłą architekturę. Do tego, przelatujące nad naszymi głowami ptaki, które wabią wioślarze, ku uciesze przewożonych pasażerów. Ci ostatni – co mnie zaskoczyło – to w większości hindusi. Nie korzystają z mniejszych łódek, ale z tych największych, gdzie płynie się w grupach kilku, kilkunastoosobowych.

Płyniemy dość daleko od brzegu, ale w tele-obiektywie wyraźnie widzimy kąpiących się w tej brei hindusów. Samej kąpieli towarzyszy specjalny rytuał. To przecież święta rzeka, która ma ,jak wierzą hindusi, lecznicze właściwości. Jakoś ciężko mi w to uwierzyć, choć z drugiej strony dziecko od maleńkiego kąpane w takiej wodzie (i które by takie zabiegi przeżyło), byłoby po tym uodpornione na wszelkie choroby świata. Hindusi nie tylko się tu obmywają, myją włosy a nawet zęby. Wielu zanurza palce i wciera brązową wodę w dziąsła.
Na brzegu widzieliśmy stoiska z plastikowymi bidonami, które jak się domyślamy, pozwalają pielgrzymom zabrać ze sobą choć trochę Gangesu w rodzinne strony..
Widok jest szokujący, parę metrów dalej palą przecież zwłoki. “Popatrz, tam płynie zdechła krowa” pokazuje mój kompan Piotrek. No tak, święta rzeka..

Poniżej kilka zdjęć z rejsu po Gangesie

 

Fot08

Fot. 8

 

Fot09

Fot. 9 – “Darbhanga Ghat”

 

Fot10

 

Fot11

Fot. 10-11 – ” Manikarnika Ghat, miejsce rytualnych kremacji”

 

Fot12

Fot. 12

 

Fot13

Fot. 13

 

Fot14

Fot. 14 – “Wodopój”

 

Fot15

Fot. 15 – “Modlitwa”

 

Fot16

Fot. 16 – “Pralnia”

 

Fot17

Fot. 17

 

Fot18

Fot. 18

 

NOS NA KWINTĘ

Nie wiem, czy tego określenia używa się jeszcze w XXI wieku, ale jakoś doskonale mi w tym miejscu pasuje. Chodzi o metodę na wyciągnięcie możliwie największego napiwku.
Polega ona na tym, by przyjąć zapłatę i ewentualny napiwek z taka miną, żebyśmy mieli wrażenie, że napluliśmy naszemu dobroczyńcy w twarz. Nieświadomy turysta, nie wiedząc ile za daną usługę płacą bądź “tipują” inni, na widok takiej miny, dręczony wyrzutami sumienia zwykle ponownie sięga do portfela i dorzuca co nieco skwaszonemu i tak okrutnie skrzywdzonemu delikwentowi. Tę technikę stosują praktycznie wszyscy. Począwszy od rikszarzy i taksówkarzy, przez gangesowych wioślarzy, bojów hotelowych, po kelnerów i wszystkich innych, świadczących jakiekolwiek usługi. Taka mina potrafi mocno zniechęcić do takich socjotechników, ale trzeba się do tego zwyczajnie przyzwyczaić i traktować jako element folkloru 🙂

 

Fot19

Fot. 19 – “Chłopiec spotkany na Gathach”

 

YOGIN W RAY-BANACH

Dla tych, co nie wiedzą, Ray Ban to marka bardzo drogich okularów słonecznych, kosztujących średnio plus minus 150 Euro. Takie właśnie stylowe okulary nosił pewien medytujący na gathach yogin. Europejczyk lub Amerykanin. Poza okularami miał jeszcze firmowe klapki, elegancki fryz i kolczyk w uchu. Na ręku pewnie miał Rolexa, albo inny markowy zegarek, no ale tego akurat mogę się tylko domyślać 😉 Poza tymi egzotycznymi dla hindusów gadżetami, ubrany był jak tubylec. Siedział sobie w pozycji lotosu na jednej z Gath, na podwyższeniu, tuż przed wynajętą (jak podejrzewam) chatynką, znajdującą się kilkanaście metrów nad poziomem wody.
Czy medytował? Zapewne. Choć na mój gust, wyglądał raczej jakby się opalał 🙂
Po chwili, z chatki wyszła jago żona lub dziewczyna. Trochę to potrwało zanim skojarzyłem, że nie jest hinduską. Pełen kamuflaż: sari, chusta na głowie, tatuaże z henny, hinduski makijaż i biżuteria, a nawet charakterystyczny łańcuszek biegnący od ucha do nosa.. aha, kropkę na czole też miała 🙂 Co tam robili? Jak wielu innych, poszukiwali oświecenia, żyjąc w ubóstwie tuż nad brzegiem Gangesu. Zupełnie jak prawdziwi hindusi..

 

Fot20

Fot. 20 – “Yogina w Ray Banach, udało mi się ustrzelić kilka godzin poźniej… tym razem bez okularów słonecznych 🙂

 

Fot21

Fot. 21 “Spacer po Gathach”

 

Fot23

 

Fot22

Fot. 22-23 – “Hinduistyczne Graffiti”

 

Fot25

 

Fot24

Fot. 24-25 – “Hinduistyczne Murales”

 

…oraz postać, której nikomu chyba nie trzeba przedstawiać 🙂

 

Fot26

Fot. 26 – “Gandhi”

 

NEPALI

Ta opowiastka, to próbka hinduskiego poczucia humoru. Całkiem to zresztą było zabawne. Spacerując po gathach, rozglądałem się za ciekawymi modelami do portretowania.
Jednym z nich był Nepali. 70-letni na oko staruszek, który rozmawiał z dwoma hindusami w średnim wieku. Zobaczyłem, że zbiera się do odejścia, podszedłem więc i zapytałem o portret. Zgodził się, choć chyba do końca nie czuł się komfortowo w roli modela 🙂
Po sesji, kiedy mijałem owych hindusów, którzy ze staruszkiem wcześniej konwersowali, zagadnęli mnie. Zaczęli wyjaśniać, że trafiłem na wyjątkowego człowieka.
“Ten święty człowiek nazywa się Nepali. Ma 112 lat i nadal wozi ludzi łódką po Gangesie.
Tam na dole jest jego łódka. Mimo wieku wiosłuje, jak mało który młodzik” ..aha, akurat 😉

 

Fot27

Fot. 27 – “Nepali”

 

MI DAJ, NIC IM NIE POWIEM

Tej pannie wróżę życiowy sukces.. przynajmniej finansowy. Miała dziesięć, może jedenaście lat, chyba najlepszy angielski, z jakim się w Indiach spotkałem (może poza Avisem i recepcją Radissona). Do tego koszyk kwiatów na sprzedaż oraz całą masę pomysłów i argumentów jak wyciągnąć kasę od turysty, który wpadł jej w oko.
Wszystko zaczęło się od wymiany walutowej, jakiej dokonałem z pewnym sympatycznym chłopaczkiem na jednej z gath. Podbiegł do mnie i pokazał mi kilka monet pytając czy to pieniądze z mojego kraju. Mówię, że tak, to euro. Pyta się czy mogę mu to wymienić na rupie. Hmm.. myślę czemu nie. Niech sobie kupi cukierki. Swoją drogą, kto w ten sposób pozbył się drobnych? Musiał to być strasznie miły człowiek, ech. Chłopaczek ma 80 centów, pyta ile to w rupiach? Nie chce się targować, chce tylko wymienić. Przeliczam i mówię 50 rupii. Widzę jak święcą mu się oczy. W międzyczasie, zdążyło nas już otoczyć kilku jego rówieśników.
Zgadzam się na wymianę, jest zachwycony. Zostawiam mu nawet te centy, bo co ja z tym zrobię. Zaraz podlatuje kolejne dziecko i chce żebym mu wymienił jakąś monetę z Azji.. No ładnie zaczyna się, trzeba się ewakuować 🙂 Wtedy pojawia się panna z kwiatami.
Najpierw chce sprzedawać kwiaty, ma tysiąc argumentów dlaczego powinniśmy je wziąć. Oddalamy się od grupki dzieci, przez chwilę za nami podążają, potem rezygnują i biegną za chłopcem z 50-tką. Mam nadzieję, że podzieli się z nimi tym, co kupi. Panna z kwiatami nie daje za wygraną, twardo idzie za nami. Teraz już nie chce sprzedawać kwiatów, tylko zwyczajnie chce pieniądze. “Jemu dałeś, to i mi daj. Im nie dawaj, mi daj. Zobacz, ich już nie ma. Mi daj, ja im nic nie powiem” Zaczyna śpiewkę, że biali są źli i chciwi a hindu dobrzy i tym podobne. Patrzę na tę małą naciągaczkę i choć wiem, że to bezcelowe, zaczynam tłumaczyć, dlaczego chłopiec dostał, a ona nie dostanie i, że nie wszyscy hindu są znowu tacy święci.
Rozmawiamy może jakieś pięć minut, dziewczynka co chwilę mi potakuje, dając tym samym do zrozumienia, że rozumie i że zgadza się ze mną w całej rozciągłości. Kiedy kończę pyta “To dasz mi wreszcie te pieniądze?”

 

Fot28

Fot. 28 – “Popołudniowa siesta”

 

Fot29

Fot. 29 – “Gdyby Kózka nie skakała…”

 

Fot30

Fot. 30 – “Święty Żebrak”

 

Fot31

Fot. 31 – “Pionowy Start”

 

HIENY CMENTARNE

Stu procentowej pewności nie mam, ale coś mi się wydaje, że na takowe właśnie trafiliśmy, zbliżając się do Gathy, przy której dokonuje się rytualnego palenia szczątków zmarłych.
Jak w każdym miejscu, w którym mogą pojawić się turyści i tam pojawiło się dwóch takich, co to bardzo chcieli nam pomóc.
Niby przypadkiem, zagadnął nas jeden z nich, tłumacząc znaczenie i przebieg tego świętego obrządku. Oboje z Piotrkiem podejrzewaliśmy, że szykuje się kolejne naciąganie, ale nie chcieliśmy zbyć go zbyt arogancko, tym bardziej, że mówił ciekawie i w całkiem przyzwoitym angielskim. Po chwili, pojawił się drugi życzliwy, jak się za chwilę okazało, jeszcze lepiej zorientowany w temacie, bo jak twierdził, na co dzień tu pracuje.
Dziś ma, co prawda wolne, ale chętnie nas tam wprowadzi i opowie o rytuale. Patrzymy się na siebie z Piotrkiem i grzecznie dziękujemy. Nawet nie dlatego, że podejrzewamy, że to kolejny sposób na wyciągnięcie od nas gotówki, ale zwyczajnie, nie chcemy traktować czyjegoś pogrzebu jako spektaklu. Czulibyśmy się tam jak intruzi i zapewne bylibyśmy nimi.
Pierwszy od jakiegoś czasu milczy, drugi nie daje za wygraną. Tłumaczy, że wielu rodzin nie stać na pochówki i te dokonywane są z datków, jeśli tylko chcielibyśmy, moglibyśmy takiej biednej rodzinie zafundować choć jeden pochówek.. Eh, no to zaczyna się.. Wyciągam portfel, ale niewiele mam drobnych, “to może chociaż tyle?” – pytam i podaję mu 10 rupii..
Jest wyraźnie oburzony, a może tylko udaje? “Jeden pochówek kosztuje co najmniej 100 rupii, na pewno możecie dać więcej” Potem wypomina nam, że nasze bilety kosztowały tysiące i w ogóle jesteśmy tak bogaci, że moglibyśmy zafundować nawet kilka pogrzebów.
Dowiadujemy się, jacy źli są biali, itp. Patrzę na gościa i wzbiera we mnie złość, nie wiem, czy to wałek i facet gra nam na emocjach, czy mówi prawdę; podejrzewam to pierwsze.
Dziś, kiedy to piszę, jestem niemal pewny, że chciał nas naciągnąć. W każdym razie, wysłuchując tego wszystkiego straciłem wreszcie cierpliwość i wyłożyłem mu, że nie jesteśmy bogaczami i że nie wszyscy hindusi są tacy znowu święci. Kiedy widzą białego, widzą chodzące i mówiące bankomaty, do których wystarczy podejść i nawet bez pinu wyciągnąć kasę. Że na każdym kroku próbują nas oskubać, podając się za przewodników, studentów i, że nie mam pewności, czy on do takich się nie zalicza. Odwróciłem się i odszedłem..Kasę, choć tak marną oczywiście zatrzymał..

 

Fot32

Fot. 32 – “Żebrak z charakterem”

 

Fot33

Fot. 33 – “Śpioch …szczeniak na jednej z Gath”

 

Fot34

Fot. 34 – “Czy te oczy mogą kłamać?” ..czyli odużony haszyszem wesołu żebrak

 

PROFESJONALISTA

Niezwykle malownicza postać. I dosłownie (patrz zdjęcie) i w przenośni. Kiedy podchodziłem do niego z zapytaniem o zdjęcie, nie zdawałem sobie sprawy, że to “Pro”.
Szedłem sobie spacerem jedną z Gath i nagle pojawił mi się przed oczami, pełen spokoju i godności, kolorowy pirat z Karaibów. A dlaczego tak go właśnie nazwałem? A tak, bo mnie zwyczajnie święty próbował z marnym zresztą skutkiem oskubać 🙂

A zaczęło się tak..
Szedł więc ów pirat z na przeciwka (brakowało mu tylko papugi na ramieniu 😉
Jak już pisałem, pełen spokoju, godności, ciepłym uśmiechem omiatając okolicę.
Takiego modela nie mogłem sobie odpuścić. Było już, co prawda, po zmroku i światła było jak na lekarstwo, ale pomyślałem, że otwarta do pełnej dziury 50-tka i nawet nie ma innej opcji.
Dała radę i święty też dał.. Ubawił mnie przy tym setnie, muszę przyznać 🙂
Ustawiłem go przed przepięknym hinduskim “murales” wiedząc, że kolorowe tło doskonale sprawdzi się przy tak “barwnej postaci”. Rozpoczęła się sesja. Pierwszy trzask migawki.
Słyszę Świętego wygłaszającego “one”, drugi trzask migawki.. słyszę “two”.. potem “three” i tak dalej. Zatrzymałem się i pytam “Co robisz?”, odpowiedź “Liczę zdjęcia” ..to ok 🙂
Zrobiłem jeszcze kilka (dobiłem do dziesięciu) i wiedząc już, co się święci odszedłem, ciekawy ile to zażyczy sobie “gwiazda”.
“500 rupii”..Trzeba przyznać, że facet się ceni. W prawdzie, nie umawialiśmy się na płatną sesję, ale tak mnie rozbawił, że daję mu dwadzieścia. Nie jest specjalnie zadowolony, 20 rupii chowa się więc ponownie w jednej z przegródek portfela. Czując, że z targów nici szybko się reflektuje i mówi, że dwadzieścia jest ok, zanim jeszcze banknoty na dobre zniknęły mu z oczu.. to dopiero egzemplarz 🙂

 

Fot35

Fot. 35 – “Pirat z Karaibów” ..czyli święty, który próbował mnie oskubać 🙂

 

MOJA KĄPIEL W GANGESIE

Też się kąpałem w Gangesie, a co?
Oczywiście pod prysznicem, a nie przy gathah ale zawsze 🙂 Co tu dużo mówić… Woda lecąca z kranów w hotelach Delhi, Agry i Varanasii do najczystszych raczej nie należała i coś mi się wydaje, że pochodziła wprost ze “świętej rzeki”.
Miała dziwny zapach, była lepka i w ogóle jakaś taka mało zachęcająca. Nie mniej jednak, po całym dniu eksplorowania, żaden z nas nawet nie myślał, żeby wybrzydzać. A jak smakowała? Świadomie nie próbowałem, ale pewnie trochę tego Gangesu tam wypiłem 😉 np. w zamawianej kawie czy herbacie. Na miejscu, jak nam doradzano, piliśmy tylko i wyłącznie wodę butelkowaną, ale czy poranna kawa albo herbata była z takiej przygotowywana?
Szczerze wątpię. Może ta woda była chciaż filtrowana? No tak, już zdaje się wspominałem czyją matką jest nadzieja 😉

 

Fot36

Fot. 36 – “Kąpiel w świętej rzece”

 

Fot37

Fot. 37 – “Medytacja nad Gangesem”

 

Fot38

Fot. 38 – “Ołtarzyk”

 

Fot39

Fot. 39 – “Objawienie”

 

Fot40

Fot. 40 – “Generatory”

 

BLACKOUTS

Czyli ciemność widzę.. ciemność (!) Pewnie nie jeden czytelnik pamięta jeszcze nasze rodzime przerwy w dostawach prądu w Polsce lat 80-tych. Siedziało się wtedy po ciemku w blokach i kamienicach przy świecach.. eh to były czasy 🙂
Indie odrobinę mi te szczenięce wspomnienia odświeżyły, bo jak się okazuje, w tym kraju takie przerwy są nagminne i zapewne nikogo nawet nie dziwią. Wiele przybytków handlowo-gastronomiczno-hotelowych ma własne generatory, które uruchamiane są podczas takich blackoutów. Nie trwają one zazwyczaj zbyt długo, najczęściej kilka-kilkadziesiąt sekund (najpewniej dzięki wspomnianym generatorom), ale zdarzają się i dłuższe.
Taki właśnie, nieco dłuższy blackout trafił mi się podczas jednego z “gagngesowych pryszniców” ..A łazienka była bez okien.. Eh, takie kilkuminutowe egipskie ciemności w Indiach 😉

Jeszcze jedna ciekawostka, a propos wspomnianych generatorów. Takie właśnie pompo-generatory podłączane były jak już wspominałem do wszelkiej maści lokali usługowych.
Żeby było śmieszniej ów generator można było dość szybko zamontować na czymś w rodzaju ciągnika i wykorzystywać jako silnik.. raz jeszce okazuje się, że nie tylko polak potrafi 😉

 

Fot41

Fot. 41 – “Blokersi”

 

Fot42

Fot. 42 – “Herbaciarz”

 

Fot43

Fot. 43 – “Ptasiek” …siedział sobie w kącie, skubał jakieś ziarenka i tak ciepło się uśmiechał…

 

OPŁATA BANKOWA

Kolejną ciekawostką, z jaką możemy się tu spotkać, są nie do końca chyba legalne Kantory. Takie z prawdziwego zdarzenia oczywiście też są, ale są i takie, gdzie nie ma biurka, ani komputera. Jest za to pan siedzący w kucki między straganami, który na małym kalkulatorku liczy kurs. Nie za bardzo byłem przekonany do handlu z nim, ale w pobliżu nie było nic innego.
“A co mi tam” – pomyślałem – chociaż zapytam. Kurs w miarę normalny, nawet go zbiłem o 200 rupii. No niech mu będzie, przeliczę jak coś, trzy razy wszystkie banknoty, żeby potem nie było niespodzianek. Umówiliśmy się na 2800, niech będzie..
“Ale do tego dochodzi opłata bankowa”, mówi pan w kuckach. Patrzę na niego rozbawiony – “Opłata bankowa? A ile to?”
“200 rupii” – pada odpowiedź. Odwracam się i śmiejąc się odchodzę. Za plecami słyszę “Ok, 50 rupii!”

 

Fot44

Fot. 44 – “Kwiaciarz z nad Gangesu”

 

Fot45

Fot. 45 – “Krawiec spotkany na jednej z bocznych uliczek Varanasii”

 

Fot46

Fot. 46 – “Hotelowy Strażnik”

 

HELO SIR

Czyli przygód z szoferem ciąg dalszy.
Sorosha widzieliśmy tego dnia dwa razy, mimo, że teoretycznie miał wolne i nie powinniśmy widzieć go wcale. Po raz pierwszy, spotykamy go na mieście, około południa, w stanie wskazującym na spożycie. Za drugim razem wieczorem, w stanie analogicznym, tyle, że zdecydowanie bardziej zaawansowanym.
Za pierwszym razem przywitały nas rozbiegane oczka, wyszczerzone w uśmiechu zęby i radosne, pijackie “Hello Sir”.
Za drugim, spuszczony wzrok i łamiący się głos, wygłaszający analogiczne pozdrowienie, za to już bez wcześniejszego entuzjastycznego wigoru..
Otóż okazało się, że Sorosha – o zgrozo – okradli ! ..Stracił więc wszystkie pieniądze i dokumenty, a na domiar złego kluczyki (!).
No pięknie, jutro mieliśmy jechać do Bodh Gaya. Raczej nie pojedziemy.
Ale nie! Nasz kierowca jest pełen optymizmu i zapewnia, że stanie na głowie, żebyśmy tam jednak jutro pojechali. Wyjątkowo brawurowa obietnica zwłaszcza, że ledwo stoi na nogach, stawanie na głowie może być w takich okolicznościach wyjątkowo karkołomnym wyczynem 😉 Teraz się z tego śmieję, ale wtedy naprawdę nie było nam do śmiechu. Na dowód swojej determinacji i prawdomówności wskazał na samochód, do którego właśnie usiłowali się włamać jego nowi przyjaciele z hotelowej obsługi. Szło im nie najlepiej.
Jedyne, co udało im się zdziałać, to oderwać gumową listwę tuż przy szybie, która to listwa teraz powiewała jak kłos zboża na wietrze.. Ręce mi opadły. Dzwonimy do centrali. Litość litością, ale ten człowiek stanowi zagrożenie dla siebie i innych, a dalsze podróżowanie z nim nie wchodzi w grę.

Swoją drogą, do dziś nie wiem jak to zrobił, że to wszystko stracił, bo nie miałem cierpliwości wysłuchać jego bełkotu. Cała historia nie bardzo trzymała się kupy, bo ponoć okradli go jak spał w samochodzie. No dobrze, ale dlaczego samochód był zamknięty i jak się później okazało zginęła z niego Piotrkowa MP3-ka? Wygląda na to, że któryś z nowych kolegów, z którymi pił i opowiadał kim jest i gdzie zostawił samochód, obrobił go gdzieś na mieście, kiedy po pijaku zasnął, po czym odkurzył ze wszystkiego, co wartościowe Soroszowy samochód..
No ale, mniejsza o to.. Stało się.

Całe szczęście, że w Avisie (jak nigdy) trafiliśmy na kogoś kompetentnego i ten przyrzekł nam, że jutro, koło południa pojawi się u nas nowy kierowca z zapasowymi kluczykami. I tak też się stało.. a Sorosh?
Sorosh spał sobie do południa w zdezelowanym jeepie stojącym pod hotelem.
Spał w poprzek, z wywieszonymi z jednej strony nogami, a z drugiej rękami.. Widzieliśmy go, witając się z nowym kierowcą Arkejdżą. Żałuję, że nie wyciągnąłem aparatu i nie zrobiłem mu zdjęcia..

 

Fot47

Fot. 47 – “Rikszarz”

 

Dzień Szósty (30.XII.2010)

 

Miało być Bodh Gaya i buddyjscy mnichowie a będą zakupy i załatwianie sprawunków. Zakup reszty brakującej garderoby, telefon do hotelu w Agrze i do biura bagażowego w Delhi; zapowiadał się ciekawy dzień.
Do biura nie dzwoniliśmy, za to przyjechał nowy kierowca, jechał tu pociągiem przeszło 20 godzin z zapasowymi kluczykami, więc zasługuje na wypoczynek. Samochód prawie cały czas z wyjącym alarmem. Wczoraj pijany Sorosh z nowymi kolegami z obsługi hotelu próbował się do niego włamać, od strony kierowcy na drzwiach powiewa gumowa uszczelka. Do wieczora wszystko jednak naprawione. Koszt naprawy w indiańskim warsztacie (na szczęście nie na nasz koszt;) 50rs. To jakieś 80 Eurocentów (!)

No ale zacznijmy od początku..

 

ZŁOTO GANGESU

Dzień zaczęliśmy skoro świt od kolejnego rejsu łódką po Gangesie. W promieniach wschodzącego słońca, a co – niech będzie efektownie. Jako że to pora “turystyczna”, po targach zapłaciliśmy 150 czy 200rs, dokładnie nie pamiętam. Było warto. Spokój, relaks, nad taflą Gangesu naprawdę można się wyciszyć. Gdyby tylko było mniej łódek. Widoki niesamowite, uwielbiam wschód słońca.. Podziwiać go w takim miejscu to naprawdę wyjątkowe przeżycie. Nie martwcie się o mnie; nie będę pisał, że duchowe 😉

Po rejsie, ruszamy przed siebie wzdłuż Gath. Trzeba przecież ten nieplanowany dzień w Varanasi jakoś sensownie wykorzystać. Jakby nie patrzeć, połowa podróży już za nami. Przemieszczamy się od Asi Gath do głównej Gathy, trochę fotografuję. Kilka portretów: m.in. nauczyciel w rogowych oprawkach. Fantastyczny człowiek, bije od niego spokój i ciepło. Uśmiecham się i macham do niego, odpowiada mi uśmiechem; już wiem, że będzie to dobry portret 🙂

…złoto gangesu:

 

Fot48

Fot. 48

 

Fot49

Fot. 49

 

…oraz nauczyciel 🙂

 

Fot50

Fot. 50

 

WEGETARIAŃSKI MacKURCZAK

Nad Ganges pojechaliśmy bez śniadania, bo obawialiśmy się, że nowi kumple naszego ex-drivera z obsługi hotelu mogą nam napaskudzić do jedzenia.
Wczoraj mocno się z nimi zakumplował, żalił się i razem włamywali się do samochodu. Nie wiemy co im naopowiadał, no ale przecież my jesteśmy obcy, a on jest swój. Nie ryzykowaliśmy, więc dopiero około południa strzeliliśmy sobie obiad w Macu..
Nie cierpię MacLaksy, ale indyjski burger – bezmięsny Mac Chicken Maharaja nawet mi smakował. Chyba jednak po kilku dniach potrzebna mi była jakakolwiek odmiana. Wieczorem przeprosiliśmy indyjską kuchnię i jedliśmy w przyzwoicie wyglądającej indyjskiej knajpie przy targowisku, jakieś pięć minut od Main Gathy. Było ok, oprócz kuchni, którą niestety nieopatrznie zobaczyłem w drodze do toalety. Najważniejsze, że przykrych konsekwencji nie było 😉
Co prawda, zapomnieli połowy zamówienia Piotrka, ale żarcia i tak nam wystarczyło.
Po kolacji kolejna przejażdżka rikszą i spać. Jutro Both Gaya i Buddyści.. Kierowca umówiony na 6:30, oby był lepszy od poprzedniego.

Jeszcze kilka słów o przejażdżce wieczorem znad Gangesu do hotelu.
Nasz rikszarz był czymś totalnie naspidowany. Pruł jak nawiedzony, krzyczał na wszystkich na około, praktycznie nie zdejmował nogi z gazu i trąbił na wszystkich jak oszalały :))
Po drodze miał koło pięciu drobnych stłuczek z innymi rikszami. Oczywiście winni byli inni użytkownicy drogi, on więc klął na nich równo po hindusku.. a może i nie tylko 😉

I jeszcze kilka charakterystycznych dla Varanasii obrazków:

 

Fot51

Fot. 51 – “Koza do Woza”

 

Fot52

Fot. 52 – “Świętokradztwo… czyli nie takie znowy Święte Krowy”

 

Fot53

Fot. 53 – “Romus i Romulus”

 

Fot54

Fot. 54 – “Porządki”

 

Fot55

Fot. 55 – “Maluch”

 

Fot56

Fot. 56 – “Parking space”

 

Fot57

Fot. 57 – “Golarnia”

 

Fot58

Fot. 58 – “School of Management Sciences”

 

Fot59

Fot. 59 – “Legowisko”

 

A TAK POZA TYM…

Przymusowe zakupy w miejscowej mallo-galerii m.in. markowe dżinsy przycinane na miarę. Dlaczego o tym wspominam? Bo to kolejna z ciekawostek. We wszystkich tego typu przybytkach nogawki spodni są jednakowej długości, czyli na dwumetrowca. Po przymiarkach spodnie skraca się pod klienta. Szew wygląda praktycznie jak fabryczny. W cywilizowanym świecie raczej tego nie zobaczysz 🙂
Aha i jeszcze jedna okołozakupowa ciekawostka w czteropiętrowym mallu ze przedstawicielstwami takich marek jak levi’s, lee, adidas, reebok, nike, citizen, itp., nie było ani jednego bankomatu.. hmm 🙂

I jeszcze jedna ciekawostka. Jako że, nasze telefony nie najlepiej sprawowały się w Indiach (mogliśmy tylko odbierać sms-y), postanowiliśmy zakupić kartę SIM, żeby w razie potrzeby móc chociaż dzwonić z komórki na lokalne numery. Okazało się to jednak niemożliwe. Otóż – jak się okazuje – by kupić kartę startową do komórki trzeba posiadać indyjski dowód i stałe miejsce zamieszkania ma się rozumieć na terenie Indii (!). Inaczej się nie da i koniec.. kropka..

 

Fot60

Fot. 60 – “Ciężarówka”
 

Wszystkie Blogi